Jestem, żyje.
Na bieżąco możecie mnie spotkać na forum (link z boku).
Na bloga jakoś nie mam weny, czasu?
Nie dzieje się chyba tyle żebym miała tu pisac czesciej.
Biegam.
Na wiecznej diecie.
Wpadnę niebawem.
Jestem, żyje.
Na bieżąco możecie mnie spotkać na forum (link z boku).
Na bloga jakoś nie mam weny, czasu?
Nie dzieje się chyba tyle żebym miała tu pisac czesciej.
Biegam.
Na wiecznej diecie.
Wpadnę niebawem.
I kolejny rok minął jak się nie odzywałam.
Co ciekawe zaglądam tu ale jakoś już nie wiem co pisać.
Życie jakoś leci.
Waga też leci.
Teraz coś w okolicach 46-47kg
Różnie bywa z tym jedzeniem.
Staram się dobijać do tego 1000 kcal, bo jednak dużo biegam a mam jeszcze kilka startów przed sobą.
Młoda skończyła 8 lat.
Nieźle... a lekarze mówili ,że "przez to moje odchudzanie mogę mieć problemy z zajściem w ciążę".
Walczę codziennie sama ze sobą a raczej między dwiema mnie.
Jedna rozsądna, druga kocha super chudość.
Do tego spadająca waga wciąga, tak cholernie wciąga...
Brakuje mi 'motylkowego' życia.
Wiecie, tętniącego życiem fora, blogów, które po pół roku stają się nieaktywne na zawsze.
Z jednej strony to dobrze ale z drugiej.... a może to ja już jestem za stara i teraz nie zakłada się blogów, nie wchodzi na fora pr-ana?
Nie wiem.
Wbrew pozorom miło wspominam tamte czasy. Chciałabym do nich wrócić.
38kg na wadze... piękne czasy.
W weekend miałam totalny chill.
Sama w domu. Zaliczyłam bieganie, basen, siłownie.
Czyli tak jak lubię a przy tym jedzenia w granicach 1000-1500 kcal w zależności od intensywności treningu.
Dzisiaj już nastąpił powrót do rzeczywistości, ja do pracy, młoda do przedszkola.
Nie wiem co z ćwiczeniami dzisiaj, mam przeokropne zakwasy na nogach i dupie.
Może dzisiaj odpuszczę ale mając czas zrobię masaż bańką chińską?
Obiecałam sobie ,że to tego wrócę ale coś nie mogę się zebrać.\
No nic, kończę.
I zapraszam na forum - link po prawej stronie ;)
Moje regularność tutaj jest żałosna.
Wpisy tutaj uświadamiają mi jak szybko mija czas.
U mnie bez większych zmian,
Biegam.
Miałam nawet epizod z trenerem ale się nie sprawdził.
Ciągle nie znoszę i nie akceptuję swojego ciała.
Czasem bardziej, czasem mniej.
Obecnie bardziej, bo jestem przed okresem = zatrzymanie wody.
Od jakiegoś czasu nie jem mięsa.
Jeśli chodzi o samopoczucie to nie czuję się lepiej. Zero zmiany w samopoczuciu.
Największa zmiana jest w wyglądzie brzuch wieczorem i ,że tak powiem z chodzeniem do toalety ;)
Brzuch nie jest wydęty i jelita pracują lepiej.
To tak w szybkim skrócie.
Jeśli chcecie być na bieżąco to zapraszam na forum :)
46,5 kg
Jestem nieco zaskoczona - pozytywnie oczywiście.
Jest to motywacja do jedzenia mniej.
I mniej.
I mniej.
I nic.
Nie!
Nie mogę dać się znowu w to wciągnąć.
Kuszące ale trzeba być twardym!
Za oknem jesień.
Zimno, mokro.
Młoda z gilem, ja z nią w domu więc zero siłowni i biegania.
Eh.
Poza tym bez większych zmian.
Kończę herbatę i idę ćwiczyć.
W domu,
Gumy, obciążenia na nogę.
Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma.
Ostatnio jedna z Was napisała mi ,że można znaleźć archiwum bloga.
Kochana dziękuję Ci bardzo!
Dziwnie było wrócić do tamtych czasów.
Trzymajcie się ciepło.
Ściskam, She
Dużo się dzieje ostatnio w moim życiu.
Gdyby doba miała więcej czasu na pewno bym z tego skorzystała.
Budowa, remont, praca, dziecko. Dzieje się.
Do tego w międzyczasie muszę wpleść treningi: bieganie, pływanie a nawet czasem rower.
Będzie z tego triathlon? Być może. Zobaczymy czy mi odwagi starczy.
Jedzeniowo dobrze. Nie schodzę już poniżej 1000 kcal z racji treningów.
Chcę mieć siłę na porządne treningi a nie babcine truchtanie.
Nie chcę być też chuda-tłusta, bo chude ale nie jędrne ciało mnie nie jara, wręcz przeciwnie trochę obrzydza.
Dwa ,że ja nie mam już 20 lat więc z założenia moja skóra zaczyna tracić na jędrności.
Ale ogarnę jak tylko to szaleństwo budowlano - remontowe się skończy.
Buziaki!
Jestem.
Tak, znowu po pół roku.
Raz jest lepiej, raz gorzej.
Jak to w życiu.
Jednego dnia wstaję, patrzę w lustro i myślę "jest okej".
Drugiego nienawidzę swojego ciała tak bardzo, że najchętniej nie jadłabym nic.
Głodzenie mam już za sobą, choć czasami kusi.
Średnio 1000 kcal. W porywach 1300. Ale bywa i 600....
Biegam.
Czasami mam wrażenie, że to jedyna rzecz, dla której żyję.
Nie dziecko, facet a bieganie.
Nie powiem ,że ta miłość nie jest podszyta myślami ile kcal spaliłam podczas biegu.
Jest.
I często jest to motywacją do treningu kiedy mi się nie chce.
Idę, biegam, bo wiem ,że spalę dodatkowe kalorie.